Rozdział czwarty >> sobota, 3 maja 2008 15:11:46
Wszelkie błędy - zgłaszać !
Domowy skrzat wystawił głowę zza rogu ściany. Nie lubił denerwować swojej pani, jednak kwestia obiadu wydawała mu się na tyle ważna, by podejść do niej i zadać pytanie. Ukłonił się nisko, odczekał kilka sekund aż pani spojrzy w jego stronę, a potem odezwał się skrzekliwym głosem:
- Zastanwiałem się, czy podać dziś marchewkę gotowaną czy surową.
Ginny spojrzała na niego rozbawiona.
-Ależ to nie ma żadnego znaczenia. - Starała się żeby ton jej głosu był odpowiednio władczy. - Wybierz sam i nie zawracaj mi więcej głowy obiadem - powiedziała, a skrzat pospiesznie odszedł do kuchni.
Spojrzała na zegarek, 7:45 - w samą porę. Była z siebie dumna, poranne przygotowania nie należały do jej ulubionych. Tym razem udało jej się nie zaspać. Starannie zamknęła drzwi do domu i, po chwili, zniknęła.
Harry obudził się dopiero po dziesiątej. Czuł się zrelaksowany i wyspany. Na szafce nocnej zauważył małą karteczkę,liścik od Ginny, jak się domyślał.
"Powodzenia w pracy. Zrób na nich dobre wrażenie. Ginny"
Roześmiał się. Nie chciał być w żadnym stopniu nieuprzejmy, nawet we własnych myślach,ale musiał zadać sobie to pytanie:Czy Ginny była głupia? A może naiwna?
Dopiero po chwilii zobaczył "pe es" dopisane małymi literkami: "Kocham Cię."
No tak, to wszystko wyjaśnia, Ginny była zakochana.
Podniósł się z łóżka, naciągną pierwszą-lepszą koszulkę i omiótł wzrokiem sypialnię. Jego ranek wyglądał zawsze tak samo;spał, do której chciał, wstawał,ubierał się w to, co znajdowało się najbliżej łóżka, pił kawę, palił,nudził się. Potem znowu palił, czasami zdobył się na pościelenie łóżka albo odwiedzenie Hermiony w św.Mungu. W końcu wracała Ginny z Ministerstwa Magii.Zawsze nadąsana, znudzona. Nikt nie mógł mu zabronić poprawienia jej humoru.Sposób był prosty, kierunek:sypialnia.
Jakiś czas temu doszedł do wniosku, że czas to zmienić. Musiał zabić rutynę,walczyć z nudą,monotonią.(A przy okazji poprosić Ginny o rękę.) Zapamięta aż tyle? (Nieważne.)
W istocie, Ginny musiała go znać bardzo słabo. Z lekkim zdziwieniem przyjęła do wiadomośći fakt, że Harry zamierza rozpocząć mugolską pracę.Kłamał, to oczywiste. Zanim jej o tym powiedział był pełen obaw, że od razu go rozgryzie. Nie rozgryzła.
Harry musiałby być idiotą by pracować jako mugol. Tęsknił trochę za obowiązkami aurora, za ryzykiem i tajemniczością tej pracy. Nie mógł jednak wejść ot tak do Ministerstwa Magii i oznajmić, że wraca,że znowu jest gotowy być ich Cudownym Wybrańcem,Złotym Chłopcem. Byłaby to czysta głupota z jego strony. Dlatego postanowił, że będzie aurorem działającym na własną rękę. Pojawiał się kiedy chciał, robił co chciał. Był panem sytuacji i chyba to kręciło go najbardziej.Musiał działać szybko, skutecznie i dyskretnie. Nikt nie mógł wiedzieć, kim tak naprawdę jest Auror.
Po raz pierwszy od wielu tygodni czuł, że panuje nad wszystkim.
Naciągnął skarpetki na stopy i, jak zwykle, chwiejnym krokiem udał się do kuchni, żeby zrobić sobie kawy.
Hermiona siedziała za biurkiem w swoim gabinecie wypisując receptę dla pacjęta. Kobieta z małym dzbankiem wcisniętym na głowę patrzyła na nią z błagalną miną.
- Zaraz się panią zajmę, proszę się nie martwić - powiedziała uprzejmie Hermiona, żeby dodać jej otuchy.
Skończyła wypisywać receptę. Odłożyła ją na brzeg biurka i powoli podeszła do kobiety.
- Może mi pani powiedzieć, jak wcisnęła na głowę taki mały dzbanek? - zapytała z lekkim rozbawieniem.
- E tam... Nie ma się czym chwalić. Pomyliłam zaklęcia, to wszystko - powiedziała, a dzbanek zaparował w okolicy jej ust.
Hermiona skupiła się chwilę, machnęła parę razy różdżką i zdjęła dzbanek z głowy pacjentki.
- Gotowe! - krzyknęła tryumfalnie.
- A co z kształtem mojej głowy? Będzie normalny? - Kobieta sprawiała wrażenie przerażonej.
- Proszę się nie martwić, za kilka godzin wszystko wróci do normy.
- Dziękuję! - wykrzyknęła pacjentka i tanecznym krokiem opuściła gabinet.
Hermiona przez chwilę stała w ciszy, patrząc bezmyślnie na białą scianę. Nagle drzwi się otworzyły i do pomieszczenia wszedł mężczyzna. Miał czarne włosy i był bardzo wysoki. Patrzył na Hermionę z nonszalancją nie mówiąc nic. Czuła się głupio, że stoi jak słup i po prostu na niego gapi, jak sroka w gnat. Niestety nic zabawnego nie przychodziło je do głowy. W mężczyznie było coś pociągającego, jego twarz była dziwnie obca i znajoma zarazem.
- Pani Hermiono, pani Hermiono ! - kobieta w białym fartuchu z coraz większą siłą szarpała ją za rękę. - Proszę się ocknąć, pacjenci czekają.
Hermiona rozejrzała się po gabinecie, jednak nie było w nim nikogo prócz jej i Jenny, która pracowała w recepcji na parterze.
- A gdzie się podział ten mężczyzna? - zapytała ze zdzwieniem.
- Przepraszam, ale nie wiem, o jakiego mężczyzne pani chodzi. Kiedy weszłam, stała pani sama - powiedziała Jenny przepraszającym tonem.
Hermiona postanowiła pomyśleć nad tym poźniej. Tymczasem... Obowiązki czekają !
Harry skręcił w ciemną uliczkę. Nigdy nie przepadał za miejscami tego typu, jednak sytuacja była wyjątkowa i wymagała również wyjątkowego postępowania.
Miał na sobie ciemno-granatowy płaszcz, kaptur założył na głowę. W takim stroju nie odstawał od reszty ludzi, którzy co jakiś czas plątali się w pobliżu.
Spojrzał na zegarek; był trochę spoźniony, jednak osoby, z którą się tu umówił również nie było. Rozejrzał się uważnie, mrużąc oczy. Ktoś szedł w jego stronę. Oparł się o śmietnik i założył ręce na piersi.
Mężczyzna był ubrany podobnie do niego. Miał długą, czarną pelerynę, a spod kaptura ledwo było widać jego oczy. Harry uśmiechnął się kpiąco.
- Czego chcesz ? - zapytał Draco Malfoy. Jego głos był niski i raczej nieprzyjemny. Mimo to Harry nie przestawał się uśmiechać.
- Zaprosić cię na randkę - warknął.
- Do rzeczy, nie wszyscy mają tyle czasu co ty...-Malfoy zignorował jego uwagę. Przyszedł tu tylko z czystej ciekawości.
- Potrzebuję twojej pomocy - powiedział Harry nieco milszym tonem. Wiedział, ze od tego tlenionego idioty w dużej mierze zależy jego plan.
Draco wybuchł śmiechem. To niedorzeczne. Potter prosi go o pomoc. Równie dobrze mógłby zaprosić go na tą randkę...
- I z czego rżysz, pedale? - Harry wiedział, że Malfoy się zdziwi, jednak nie miał zamiaru tolerować jego kpiącego, irytującego śmiechu.
- Nie pozwalaj sobie - warknął Malfoy i Harry zauważył różdżkę wystającą z jego peleryny.
- To jak? Pomożesz mi ? - zapytał. Tym razem postanowił doprowadzić rozmowę do końca bez zbędnych przerywników.
- Zależy...
- Od czego?
- Od tego, co ja będę z tego miał...
Harry zaśmiał się pod nosem.
-Dupek - pomyślał.- Walony dupek.
komentarze [49]Rozdział trzeci >> wtorek, 4 marca 2008 21:23:55
Dobra, Dzieci. To jest chamstwo z mojej strony, żeby po tylu miesiącach dawać takie gówno. PRZEPRASZAM. Co ja mam zrobić? Zostane EMO, mówie Wam. (a tfu!) To nawet nie jest wystarczająco możliwe żeby komuś zadedykować. Bo każda z Was (bo chyba tu chłopaków nie ma)jest wyjątkowa.
Mogę podziękować. I to mocno.
Kokochu,cieszę się, że na Ciebie trafiłam.
A ty Olko, z liz-malfoy, ucałuj jeszcze raz braciszka.
Poducha... Pomóż mi, ok? Zbuduj mi ołtarzyk na 5 kwietnia. Zapalisz dla mnie świeczke? Zapal.
Wielbie Was wszystkie, nawet jeżeli nie jesteście wyżej wymienionymi.
A co do następnej notki... Kurde, ja chcę pisać (TAAAK< KURWA, że się tak wyrażę, chcę.) Tylko ja mam pustke we łbie. I miliony wyrzutów, że to jest do dupy. Dobrze, bo wyjdę na Emo. A ja nie jestem EMo. NIE. Nigdy. Do nasępnej;* (lepszej i dłuższej mam nadzieję, bo tu się nic nie dzieje)
Przez następne dwa tygodnie Harry dokładał wszelkich starań, aby pomóc Ronowi w przeprowadzce. Miał nadzieję, że dzięki temu Ron złagodnieje (tak, tak, wciąż momentami krzywo na niego patrzył) i będzie cieszył się jego szczęściem. Jak to ładnie brzmi. Ostatnio Harry mało się cieszył. Chyba nawet nie miał powodów. No dobrze, miał jeden. No może dwa. Bo Ginny to już nie tylko Ginny.Będą mieli dziecko. A on się z tego powodu cieszył. I guzik go obchodziło, co sobie pomyślą inni na ten temat.
NIE ! Pieprzy. Co on sobie wyobraża?! Właśnie, że go to obchodziło. Ta pierwsza myśl wcale nie jest jego. Tak mówi Ginny. Zawsze, po to, żeby go pocieszyć. Bo przecież nie jest ślepa. Widzi, jak się męczy, jak walczy z samym sobą.
No i co z tego, że się bał ? Każdy się czegoś boi.Jego strach był racjonalny, mógł podać milion argumentów na popracie. Bał się o swoją rodzinę (to znaczy, przyszłą,oczywiście.Kiedyś trzeba się oświadczyć,Harry, DEBILU!), bał się o przyjaciół. Dobrze, o siebie też. Voldemort coraz częściej go niepokoił. Ależ nie osobiście, nie! Zatruwał jego myśli,marnował czas.
Powiedz, Harry. Co zrobiłeś z tym odważnym dzieciakiem? Gdzie go trzymasz, hm? Nie wiesz. A zdajesz sobie sprawę, że w końcu będziesz musiał ruszyć tyłek, żeby się dowiedzieć?
Jako Wybraniec (niedoszły raczej, ale o tym nie chciał teraz myśleć)powinien chyba przejmować się losem świata. Tylko, że wcale się nie przejmował. A przynajmniej nie teraz. I przyznawał się do tego, ale tylko przed samym sobą.
Zapalił papierosa. Jednego, potem drugiego. W końcu sięgnie po prochy. Albo zacznie dawać sobie w żyłe. I będzie narkomanem.
Chociaż szczęśliwym,mruknął rozbawiony.
-Mówiłeś coś, Harry ? - zapytała Ginny, która nagle pojawiła się za jego plecami.
-Nie - odpowiedział szybko i wziął się za przenoszenie pudełek.
Był tam. Stał. Opierał się o ścianę. Chyba nawet się uśmiechnął. Szkoda tylko, że nieszczerze. Myśli, że jest sliny, że da radę. Zawsze był naiwny. "Trzeba mu pomóc" - pomyślała Hermiona. Pospiesznie, jakby od niechcenia odgarnęła włosy z czoła. Czasem dobrze jest kogoś mieć. I nie chodzi o otaczającą liczbę osób!
Ron opuścił Londyn. I co? Cholera, i dobrze. Będzie tęsknił, trudno. Najwyżej wejdzie do kominka (o ile go będą mieli) i ich odwiedzi. A był gotów się porzygać (cholerna Sieć FIU!) byle tylko ich zobaczyć. Wierzył w swoich przyjaciół. A już najmocniej w Harry'ego. Nie wytrzyma długo w domu... Tym razem mu się uda. Przecież musi. Nadzieja matką głupich, Ronaldzie.
Widocznie jest głupi.
komentarze [18]Rozdział drugi >> niedziela, 4 listopada 2007 20:52:02
Dziękuję Oli. Bo jest i mi pomaga, chociaż może wcale tego nie wie.
Mieszkanie ciotki Lucy mieściło się w niewielkiej kamieniczce ustuowanej prawie w samym centrum Londynu. Kamienica nie była nowa, nie należała do najpiękniejszach. Była taka sama, jak każda kamienniczka w Londynie, wąska i wysoka. Pokryta białą farbą, z również białymi oknami i mocnymi dębowymi drzewami. Przed kamieniczką, na wiosnę rosły kwiaty. Zwykle tulipany, choć niekiedy można było dostrzec żonkile.
Ciotka Lucy była siostrą matki Hermiony. Kiedy Hermiona była małą dziewczynką odwiedzała starą ciotkę bardzo często. W zasadzie ciotką nie była aż taka stara.Fakt, różnica wieku między nią, a matką Hermiony była spora, ale ciocia zawsze była bardzo poważna, spokojna, a jej włosy zawsze były spięte w cisny kok. Jej osoba zawsze kojarzyła się Hermionie z wyniosłością i pewnym dystansem. Mimo wszystko ciotka Lucy należała do osób przemiłych. Zawsze miała dla Hermiony kruche ciasteczka, piericzki, albo czekoladki. Mała Hermiona była jej ulubioniecą. Ciotka zwykle wołała ją do siebie do sypialni, siadała na łóżku, Hermiona przykucała na podłodze, a ciocia plotła jej warkocze. Potem długo głaskała ją po głowie opowiadając bajki.
Ciotka wciąż była sama, nie biorąc pod uwagę dwóch persów, które towarzyszyły jej odkąd Hermiona pamiętała. Nie miała męża ani nawet nażeczonego. Potem poznała "wujka" Freda, po jakimś czasie wyszłą za niego za mąz i mieli trójkę dzieci. Hermiona była wtedy pięcioletnim dzieckiem. Wujek był dużo starszy od cioci Lucy, toteż wcześniej umarł. A kiedy dzieci ciotki dorosły i wyjechały za ocean, wdowa nie miała ochoty dłużej mieszkać w tej kamienicy. Postanowiła przeprowadzić się do swojego syna, do Kanady. Mieszkanie pozostało wolne i po jakimś czasie Ciotka zaproponowała je Hermionie.
Na początku Hermiona była pewna, że odrzuci propozycję. Miała już dwadzieścia sześć lat i doszła do wniosku, że to najwyższa pora aby być niezależną i radzić sobie samemu. Jednak po dłuższym namyśle zdecydowała się wprowadzić do kamienicy. Mieszkanie z rodzicami było trochę uciążliwe. Żeby być niezależną należy mieć pieniądze, których nie miała na tyle, by kupić bądź wynająć mieszkanie.
Pierwsze dni w nowym miejscu były przyjemne. Nareszcie mogła chodzić z rozmazanym tuszem i nikt się jej nie pytał "co się stało". Mogła kłaść się spać o której tylko miała ochotę, nie tak, jak w domu rodziców. Skupiła się na pracy i czytaniu. Nie myślała o niczym innym, niż o ukochanych książkach i nowej wiedzy, której z pewnością jej dostarczą. Harry'ego przeprosiła za scenę w domu jej rodziców. Zachowała się niedojrzale, pokazała, że trochę jej przykro, iż nie są razem. Przykro było jej tylko przez kilka pierwszych dni. Potem życie wróciło do normalnego rytmu, a ona myślała o Harrym, jak o przyjacielu, z którym jej nie wyszło. Nie chciała pamiętać o tamtej kłótni, o chilowej zazdrości, a tym bardziej o dwóch tabletkach uspokajających, które wzięła kiedy była zbyt roztrzęsiona, by zrobić cokolwiek innego. Po nich było jej dobrze, ukoiły jej nerwy, uspokoiły impulsywne myśli. To był pierwszy i ostatni raz. Tylko słabi ludzie, którzy nie potrafią poradzić sobie ze swoją złością i żalem posuwają się do połykania tabletek uspokajających. Ona była silna ! Nic nie mogło być w stanie wyprowadzić jej z równowagi.
Deszcz rytmicznie uderzał o parapet za oknem. Wyraźnie słyszała mocne podmuchy wiatru. Oparła się czołem o szybę chcąc poobserwować, co się działo na dworze. Mgła, zdawała się spowijać cały świat bardzo dokładnie. Niczego nie było widać. Wiatr wdarł się do pokoju przez szczelinę w oknie. Hermiona poczuła zimno. Szybko odeszła od okna i przysiadła na kanapie. Krzywołap wskoczył jej na kolana. W takich momentach czuła się trochę, jak ciotka Lucy - miała tylko kota. Brakowało jej kogoś, do kogo mogłaby się przytulić, kogoś, z kim mogłaby porozmawiać o wszystkim. Krzywołap już nie wystarczał. Podrapała go za uchem, na co kot odpowiedział leniwym mruczeniem. Wstała z kanpy, założyła kurtkę i steleportowała się z cichym pstryknięciem. Krzywołap miałknął nerwowo. Został sam.
Uliczka była wyjątkowo cicha i spokojna. I dzisiaj i za każdym razem kiedy Hermiona się na niej znalazła. Stał na niej jeden samotny domek, kilka latarni, zwykle zgaszonych i ogomne rozłożyste drzewo. Wyciągnęła różdżkę z kieszeni kurtki - nigdy nie wiadomo, co mogło się zdarzyć w takim miejscu. Podbiegła do domku i cicho zapukała.
Po chwili drzwi uchyliły się delikatnie. Przez szparę wyjrzała przestraszona twarz młodej dziewczyny.
- Nie spodziewałam się ciebie - wyszeptała. Otworzyła drzwi szerzej i pozwoliła Hermionie wejść do środka. Sama wyszła na zewnątrz, rozejrzała się niespokojnie i szybko wróciła do domu. Spojrzała na Hermionę czujnym wzrokiem, jej błekitne oczy zdawały się być jeszcze większe niż zazwyczaj.
- Czy wszystko w porząku? - zapytała. Hermiona schyliła się by zdjąć adidasy. Podniosła wzrok na dziewczynę i porozumiewawczo pokiwała głową.
- A dlaczego ma być źle? Nie mogę odwiedzić przyjaciół bez powodu ?
- Oczywiście, że możesz ! - Luna machnęła ręką i przegarnęła włosy. - Martwiłam się po prostu, czasy są niespokojne, ulice niebezpieczne... Ale zostawmy to. Porozmawiamy sobie o czymś przyjemniejszym.
Przeszły korytarz i po chwili znalazły się w niedużym saloniku. Ściany były pomalowane jasną, kremową farbą. W rogu stał mały stoliczek na którym leżała biała serwetka i dzbanek z samotną różą. Trochę dalej stała kanapa ozdobiona kolorową nażutą. Na przeciwko niej ława, wokół niej puszyste poduszki. Na drewnianej komodzie stało kilka świeczek, leżały porozrzucane koraliki. Luna nie byłaby sobą, gdyby nie udekorowała pokoju jakimiś "gadżetami". Zza rogu wyłonił się Ron. Uśmiechnął się serdecznie do Hermiony.
Rozmowa szła im gładko. Starali się omijać smutne tematy, o dziecku Harry'ego i Ginny nie mówili wcale. Hermiona dobrze wiedziała, że chociaż Ron znów odzywał się do nich, dalej był wściekły (przedewszystkim na Harry'ego) za tak "nieodpowiedzialny i pochopny czyn, jakiego się dopuścił biorąc pod uwagę niebezpieczeństwo".
Około dwudziestej dołączył do nich Harry, któremu humor wyjątkowo dopisywał. Hermiona uważała, by nie patrzeć mu w oczy - wciąż czuła, że się czerwieni na myśl o swoim "dziecinnym i zbyt emocjonalnym występie".
- Postanowiliśmy z Luną... - zaczął nagle Ron i śmiech ucichł. Zapanowała cisza, Harry i Hermiona wbili wzrok w Rona. - Postanowiliśmy wyjechać na jakiś czas. To znaczy... Luna znalazła we Francji super pracę, wiecie jak bardzo potrzebna nam kasa... Tam też są potrzebni aurorzy... To niedaleko. - Zaczął pewnym głosem, potem trochę się plątał, jakby w obawie przed gniewem przyjaciół od razu chciał się wytłumaczyć, uzasadnić tą decyzję.
Harry kiwał tylko głową. Chyba rozumiał. Tak mu się zdawało. Nie mógł robić Ronowi żadnych wyrzutów. To byłoby nie fair. On kochał Ginny, Ron Lunę. Każdy chciał dla siebie lepszego życia. Tam jest bezpieczniej... Tak. To dobry pomysł. Uśmiechnął się pod nosem.
Hermiona zauważyła, że tego typu informacje zawsze docierają do niej wolniej. Zanim zareaguje i wykona odpowiedni gest, minie trochę czasu. Czy to dobry pomysł? Być może. To była ich decyzja. Szanowała ją, jednak myśl o rozłące trochę ją przerażała. Być może była to dość egoistyczna myśl, ale bardziej bała się samotności niż czegokolwiek innego. Bo kiedy Ron odejdzie (nie ! on po prostu będzie troszkę dalej. na chwilę. wróci przecież, prawda?) ona zostanie sama. Bo Harry będzie miał Ginny, Ginny Harry'ego. I ich maleństwo. A dla niej już nie będzie tyle miejsca. Zostanie z Krzywołapem do końca życia. Jeśli takie ma być jej przeznaczenie, to cóż... DA RADĘ !
Spojrzała na Rona. Był zdenerwowany. Czekał na jej reakcję. Wstała z podłogi (och, jakie te poduszki były niewygodne), mocno uściskała Rona, a potem Lunę.
- Będzie mi was brakowało - wyjąkała
Tylko nie płacz... Dodaj im otuchy.
Potem rozmawiali już tylko o wyjeździe. Luna chciała załatwić to, jak najszybciej. Ustalono więc, że za jakieś półtora tygodnia zaczną przeprowadzkę.
Zrobiło się późno i Harry stwierdził, że czas najwyższy zbierać się do domu.
- Zostań jeszcze - namawiała Luna. Głos jednak miała strasznie senny i również dla Hermiony był to znak, że musi iść.
W mieszkaniu na pewno jest ciemno. I zimno. A Harry nigdy nie martwił się o nią, tak, jak teraz o Ginny. " Nie chcę jej budzić."
Zazdrosna nie była. Po prostu lubiła porównywać zachowanie Harry'ego "kiedyś", tzn. kiedy był z nią, i "teraz" kiedy jest z Ginny. Ale kiedyś byli bardzo młodzi. Niedojrzali. Dwadzieścia trzy lata to nie tak dużo. Dwadzieścia sześć, to już coś.
- Czy chcesz żebym cię odprowadził do domu ? - zapytał Harry kiedy wyszli na ulicę
- Nie wiem - odpowiedziała szczerze. W głowie miała dziwny mętlik. Właściwie nie do końca wiedziała, co aktualnie dzieje się "na zewnątrz", czyli poza jej głową. Czy ona jest egoistką?!
- Czas najwyższy się zastanowić - uśmiechną się do niej delikatnie. Tak, uśmiechnął się do NIEJ. To chyba niedorze. Harry jest teraz Ginny. Ukochanej, dobrej Ginny.
- Chcę żebyś mnie odprowadził. Chociaż miałam się teleportować i nie wiem, jaki sens ma nadkładanie drogi, chcę. - Nie patrzyła na niego. Przed siebie. Czy dwie tabletki uspokajające mogę zaszkodzić ?
Harry zaśmiał się.
- Co cię tak śmieszy ?! - zapytała lekko poirytowana
- Ty - śmiał się dalej
- Skoro jestem taka zabawna, sama się odprowadzę.Do zobaczenia-fuknęła, odrwóciła się na pięcie i ruszyła przed siebie.
- Czekaj - złapał ją za rękę. - Żartowałem tylko.
- Przeprosiny przyjęte.
- A kto powiedział, że to były przeprosiny, hm?
Było zimno, troszkę kropiło, wiał wiatr, a mgła zasłaniała im siebie nawzajem. Ale to nic. Bo było miło. Bo zrozumiała, że Harry wciąż jest jej najlepszym przyjacielem. Właśnie przyjacielem. I tak było dobrze. Naprawdę, tak było dobrze.
EDIT: Drobne poprawki w rozdziale pierwszym. Ta telenowela mnie przeraziła.
komentarze [28]Rozdział pierwszy >> piątek, 24 sierpnia 2007 16:26:57
Zapach parzonej kawy pomieszany z nutką pomarańczy unosił się w powietrzu. Czworo młodych ludzi w milczeniu siedziało przy stole w malutkim pokoiku,który większość nazywała "salonem". Kiedy mówisz "salon" masz na myśli coś dużego i przestronnego, i ładnie urządząnego. Ładnie znaczy tu, elegancko. Przynajmniej większość tak uważa, a kiedy większość obiera taki tok myślenia salon staje się dużym i przestronym, i eleganckim pomieszczeniem. Pokój, w którym przyjaciele popijali kawę nie był ani duży, ani przestrony. Elegancki na swój sposób. Wystarczył każdemu z nich. Zawsze mogli tu usiąść, wypić kawę i porozmawiać. Zawsze, to znaczy mniej więcej raz na tydzień, bo na częstsze spotkania nie starczało im czasu. Czasy były ciężkie, sielanka się skończyła, świat pogrążył się w mroku i strachu. Już nawet pogoda w Angli nie była taka sama. Wciąż padał deszcz, może dlatego, że nastała jesień, a może dlatego, że nawet samo Słońce bało się wyłonić zza chmur. Wróćmy jednak do zapachu kawy. Chyba każdemu się podoba. Lubiła go Hermiona, i Harry, Ron, i nawet Ginny. Zapach pomarańczy też jest na swój sposób ładny. Na szklanym stoliku, na talerzykach były ułożone kawałki ciasta, stąd też zapach pomarańczy.
- Jakie dobre ciasto - powiedziała Hermiona chcąc przerwać ciszę
- Żartujesz?! Jest ohydne ! - Ron nabił na mały widelec kawałek ciasta i pomachał nim przed nosem Hermiony - Ty i te twoje dobre maniery. Co tu dużo gadać Gin, totalny zakalec.
Harry zaśmiał się cicho.
- I w tym tkwi twój problem, Ronaldzie! Nie umiesz docenić niczyjej pracy! My, kobiety staramy się jak możemy, pieczemy ciasta, parzymy kawy, a wam facetom jak zwykle coś nie pasuje! - Ginny zrobiła obrażoną minę - Chociaż masz rację, to ciasto jest ohydne! -odsunęła od siebie talerzyk krzywo na niego patrząc.
- Idę po czekoladki! - Wszyscy czworo wybuchnęli śmiechem. Ginny machnęła różdżką i wszystkie talerzyki uniosły się w powietrze,by po chwili zniknąc za drzwiami razem z Ginny.
Minęły trzy lata. Nie od wydarzenia, które rozgrywało się w pokoju, który ogół nazywa salonem tylko od ich rozstania. Rok na początku się dłużył, potem czas zaczął pędzić ze zdwojoną szybkością, a teraz wszystko wróciło do normy. "No jak? Jak?! Jak oni mogą teraz siedzieć przy jednym stoliku i popijać sobie cholerną kawkę?!" Oni sami tego nie wiedzieli. Sprawy przyjęły doprawdy dziwny obrót. Wszystko się jakoś samo ułożyło, ba... ! W pewnym momecie oboje byli gotowi rzucić się na siebie i krzyknąć "Po co my się w ogóle rozstawaliśmy?!". Nieraz widzieli tą scenę w snach. Każde na swój własny sposób. Jednak żeby w ich życiu nie było za kolorowo postanowili pozostawić sytuację taką, jaką była, czyli: Przyjaciele na śmierć i życie. To było "w pewnym momencie", moment ten minął jednak po jakimś czasie. Potem Hermiona wmawiała sobie, że w postąpiła słusznie rozstając się z Harrym, a Harry, że Hermiony już dawno nie kocha. Teraz kiedy tak sobie siedzieli we czwórke przy stole byli pewni, że miłość mają za sobą. Cieszyli się z tego co mają, Harry - Ginny, a Hermiona grube książki i pracę, mnóstwo pracy. Nie chcieli nic w swoim życiu zmieniać. Nie z obawy przed porażką, tylko dlatego, że było im po prostu dobrze.
- Muszę Wam coś powiedzieć. - Harry pochylił się nad blatem stołu - Ja i Ginny... -szepnął, jakby w obawie, że ktoś oprócz Rona i Hermiony mógłby usłyszeć
- Co "ty i Ginny" ? - do pokoju weszła Ginny niosąc pudełko czekoladek
- Chciałem tylko powiedzieć, że... No wiesz, "to" - uśmiechnął się tajemniczo i pozwolił żeby Ginny usadowiła się na jego kolanach
Ron spojrzał na Hermionę, jakby chcąc usłyszeć z jej ust jakieś wyjaśnienia. Ta jednak milczała, sama nie wiedziała co owe "to" może znaczyć. Harry spojrzał na rudowłosą.
- Ty im powiedz ! - nakazała Ginny zrywając folię z pudełka czekoladek
- No bo, my, to znaczy ja i Ginny, wiecie...
- Och, jaśniej do cholery! - popędziła go Ginny, lekko już rozdrażniona
Harry spojrzał na nią urażony.
- Dobra !- krzyknął - Będziemy mieli dziecko!
-Zadowolona?! - fuknął
Dziecko? Hermiona zamrugała oczami. Jakież znowu dziecko?-zastanawiała się A... DZIECKO! Zaraz, czyli że Ginny jest w ciąży?Nagle ta wiadomość, mimo dosyć niejasnego przekazu Harry'ego do niej dotarła. Co czuła Hermiona w tamtej chwili trudno było wyrazić słowami, a opisać jeszcze trudniej. Nie była zazdrosna, nie miała ochoty zabić Ginny, zepsuć ich szczęścia też nie zamierzała. Nagle jej dusze wypełniło dziwne uczucie. Tak jakby pustka z domieszką rozczarowania. Przecież na nic nie liczyła, niczego nie oczekiwała. Ginny była jej przyjaciółką, kochała ją jak siostre. Kiedy to ona, Hermiona była z Harrym Ginny nie próbowała ich rozdzielić. Dzielnie tłumaczyła za każdym razem, że Harry to przeszłość. Pojawienie się dziecka w rodzinie to duża odpowiedzialność. Czy Harry zastanowił się chociaż trochę, że teraz, kiedy Voldemort po kilku latach spokoju, jakie minęły od odnalezienia horkruksów znowu rośnie w siłe, pojawienie się dziecka jest "odpowiednie"? ziwne uczucie zniknęło, pojawiła się złość. Nie na Ginny, nie na maleństwo, które w sobie nosiła tylko na Harry'ego. Za to, że jest taki lekkomyślny i nieodpowiedzialny, za to, że jest... szczęśliwy (?!).
- Och, to wspaniale ! - wykrzyknęła. Tak bardzo nienawidziła udawać, aktorką była kiepską, jednak teraz nikt się nie zorientował, że zamiast gratulować miała ochotę wykrzyczeć, co myśli o całej sprawie.
Ron wciąż milczał. Wpatrywał się w jakiś punkt na ścianie z dosyć dziwną miną. Po chwili oderwał wzrok od ściany i spoglądał to na Harry'ego, to na Ginny.
- S-super - wyjąkał bez większego przekonania wciąż unikając wzroku Harry'ego
- Wcale się nie cieszycie, prawda? - Ginny przestała się uśmiechać
- Ależ nie! To na prawdę fantastyczna wiadomość - powiedziała Hermiona może trochę za szybko, bo Ginny wcale nie wyglądała na przekonaną
- FANTASTYCZNA?! Czyś ty zdurniała?! Hermiona, ludzie ! Dziecko?!
- O co ci chodzi, Ron? - warknął Harry. Po jego minie można było wywnioskować, że nie jest bardzo zadowolony z tego, co mówił przyjaciel.
- Dziecko równa się odpowiedzialność!
- Sugerujesz, że NIE jesteśmy ODPOWIEDZIALNI?!
- Chodzi o to... Och zresztą, spójrz tylko co się dzieje na świecie! Oboje żyjecie w ciągłym niebezpieczeństwie, w każdej chwili może się wam coś stać! Dziecko mogliście sobie sprezentować kiedy nie byłoby Voldemorta, a nie teraz! W tej chwili jesteście szczęśliwi, a już za kilka dni Harry'emu może coś strzelić do głowy i powie, że rozstaje się z Tobą, Ginny dla twojego bezpieczeństwa! A ty zostaniesz SAMA! O przepraszam, z dzieckiem! - Ron zrobił się czerwony i zaczął dyszeć.
W pokoju zapanowała cisza. Hermiona bała się cokolwiek powiedzieć, Ginny wpatrywała się w Rona jakby miała ochotę go zamordować, a Harry wbił wzrok w swoją filiżankę.
- No powiedzcie coś, do cholery ! - krzyknął Ron
- Niby co? Że masz racje?! Bo MASZ, Ron i ja to wiem ! Ale stało się, nie możemy już cofnąć czasu, więc mógłbyś zachować się jak przyjaciel i cieszyć się razem z nami! - teraz i Harry krzyczał
-Cieszyć się?! Niby z czego? Chyba nie z tego, że nie wiecie do czego służą prezerwatywy !
- Zamknij się Ron!- do kłótni włączyła się Ginny.Ona w przeciwieństwie do Harry'ego i Rona była blada. Nie krzyczała, a mimo to jej głos zdawał się dźwięczeć głośniej niż ich głosy.Szybko podniosła się z kolan Harry'ego - Nienawidze cię, jesteś beznadziejny! Ty Harry też! Oboje! - powiedziała dobitnie i zniknęła za drzwiami do następnego pokoju
-Wielki dzięki, Ron - warknął Harry
- Ależ drobiazg! - prychnął i deportował się
Hermiona wciąż milczała. Co miała powiedzieć Harry'emu? Że Ron ma trochę racji i to zrozumiałe, że martwi się o siostrę? Chciała opuścić salon domu Harry'ego jak najszybciej.
Harry spojrzał na nią smutnym wzrokiem.
- Podzielasz zdanie Rona, prawda?
cholera, jak to jest, że każdy zawsze się zorientuje kiedy ona coś udaje...?
-Nie, nie, to nie tak... - próbowała się tłumaczyć. Nagle uświadomiła sobie, że tak na prawdę, to nie ma sensu. - Ron się martwi o Ginny.
- Ja też się martwie! - wykrzyknął, a w jego głosie słychać było pretensje. No tak, Harry P. znowu jest pokrzywdzony.
Hermiona ze zrozumieniem pokiwała głową.
- Pójdę już. Porozmawiaj z Ginny - powiedziała cicho. Nie miała pomysłu, jak go pocieszyć w tak beznadziejnej sytuacji. Chociaż wcale nie miała na to ochoty, Harry był winny.
Wstała z fotela, Harry podszedł do niej i przytulił.
- Cześć - wydukała lekko zmieszana. Gdyby była Ginny,która dowiedziała się, że Harry będzie miał dziecko z Hermioną z pewnośćią by go uderzyła. Była jednak Hermioną, kiepską aktorką, ale jednak aktorką.
- Do zobaczenia - powiedział Harry, a Hermiona deportowała się do domu swoich rodziców.
Chociaż od tamtej kłotni minęły już dwa tygodnie Ron wciąż nie rozmawiał ani z Harry'm, ani z Ginny. Do Hermiony też mało się odzywał tłumacząc się brakiem czasu, ale ona wiedziała, że tak na prawdę chodziło o to, że nie poparła go całkowicie. Hermiona nie chciała trzymać żadnej ze stron, wiedziała, że każda z nich miała trochę racji. Efekt był tego taki, że i Harry jej unikał. Z Ginny rozmawiała normalnie.
- Jeżeli Ron nie chce się pogodzić, ja nie mam zamiaru pierwsza wyciągać ręki - mówiła za każdym razem.
Hermiona milczała. Ostatnio bardzo to polubiła. Nie odzwyając się wyrządzała mniej szkód, przynajmniej tak jej się wydawało.
Nadszedł październik. Na dworze było zimno i deszczowo. Hermiona większość czasu spędzała albo czytając książki, albo uczielając się w św. Mungu. Czasami wpadała Ginny. Zazwyczaj była przygaszona, roztargniona. Któregoś popołudnia pojawił się Harry i Hermiona była pewna, że nadszedł czas na poważną rozmowę.Od początku nie szło najlepiej, Ministerstwo mieszało się w sprawy Zakonu, Prorok Codzienny nie szczędził zgryźliwych komentarzy na temat Harry'ego. Wszystko to sprawiało, że Harry był smutny i rozmowa nie kleiła się zbytnio. Przez większość czasu to Hermiona zadawała pytania, Harry z trudem odpowiadał.
- Wiesz co mnie najbardziej boli? - zapytał nagle po długich minutach ciszy. Pokręciła przecząco głową.
- To, że Ron ma racje! I ty to wiesz.
- Harry... - zaczęła, ale uciszył ją ruchem ręki.
- Ja po prostu chcę już żyć normalnie. Mam dosyć...
- Sądzę, że powinieneś zakończyć tą akcję z Voldemortem już dawno temu - prychnęła
- Myślisz, że to takie proste? Mam zawołać,"Hej Voldi, przyjacielu, mogę cię zabić?"Więc się myslisz - warknął
- Może gdybyś tak zrobił, to teraz nie byłoby całego problemu? - Pięknie Hiermiona, udawaj głupią. - A poza tym, co ci tak nagle pilno ? Kiedy ja chciałam dziecko, kręciłeś głową !
Harry wyglądał na trochę zbitego z tropu. Chyba się nie spodziewał, że Hermiona poruszy temat "Kiedy Harry był z Hermioną". Robili to rzadko, tylko wtedy kiedy się kłócili, był to w pewnym sensie temat tabu.
- Bo wtedy... Zresztą, czy ja musze ci mówić, co myślałem "iks" lat temu ? - zsunął się z blatu kuchennego
W oczach Hermiony zaszkliły się łzy.
- Och, proszę cie, nie rycz znowu - warknął. Płaczliwość Hermiony strasznie go denerwowała.
Twarz Hermiony poczerwieniała ze złości.
- Idź sobie - krzyknęła, co wyszło trochę jak chisteryczny pisk.
Harry deportował się bez słowa pożegnania.
Brawo, Hermiona. Chociaż raz mogłabyś odstawić porządną szopkę, pomyślała.
komentarze [7]Prolog >> niedziela, 22 lipica 2007 22:55:27
Powietrze w starym pokoju Hermiony było ciężki i duszne. Jedyne źródło światła napływało z małej lampki ustawionej na drewnianym biurku. Hermiona siedziała na podłodze, opierając się o zimną ścianę. Oczy miała zapuchnięte i czerwone od płaczu, łzy ciekły po jej policzkach i brodzie. Przesunęła się w strone szafy, tak, że światło lampki nie mogło już jej dosięgnąć. Potrzebowała takiej ciemności i ciszy. Pragnęła jej całym sercem. Nagle wstała i podeszła do biurka. Spojrzała na szklankę z wodą, obok której leżała tabletka na uspokojenie. Nie była wariatką, nie potrzebowała lekarstw! Nic, a już na pewno nie taka beznadziejnie mała tableteczka nie była w stanie przywrócić jej radości życia. Zgasiła lampkę i przecisnęła się miedzy łóżkiem żeby dostać się do okna. Chłód wieczoru uderzył ją w mokrą od strumienia łez twarz.
"Nie żałuję, nie żałuję", powtarzała sobie w myślach. Było to prawdą przez pierwsze pół godziny, dopóki nie opuściła Doliny Godryka. Teraz, kiedy wróciła do domu rodziców doskonale wiedziała, że sprawy nie tak miały się potoczyć. Ale Hermiona była zbyt dumna żeby się z tym tragicznym faktem pogodzić. Wmawiała sobie (mimo iż sama ani trochę w to nie wierzyła), że jej decyzja jest słuszna, że innego rozwiązania nie było i oboje byli tego w pełni świadomi. Czy powinna obiwniać siebie czy Harry'ego? Teraz nie potrafiła odpowiedzieć sobie na to pytanie. Chyba oboje byli winni po trochu. Pochyliła się nad biurkiem, wzięła szklankę do ręki i szybko wypiła całą wodę. Zdecydowanym ruchem odstawiła ją spowrotem na miejsce. Przyglądała się jeszcze przez moment tabletce,a potem podniosła ją i z całej siły cisnęła za okno. Wystawiła głowę na zawnątrz i wciągnęła zimne powietrze. Teraz już nic się dla niej nie liczyło. Jedyna osoba, którą kochała całym sercem zostawiła ją samą, niszcząc dwoma słowami całe szczęście, miłość i ciepło, które tak skrupulatnie gromadzili w sobie przez kilka dobrych lat. Miała jeszcze Rona. I rodziców. Mimo wszystko ta myśl wcale jej nie pocieszała. Harry to Harry. Był jej azylem, nadzieją, dosłownie wszystkim. Nie wyobrażała sobie życia bez niego. Cofnęła się pamięcią do tamtej chwili.
Kłócili się zażarcie i żadne z nich nie miało zamiaru ustąpić drugiemu, a już na pewno pierwsze wyciągnąć ręke.
- To koniec... - powiedział nagle. O dziwo ton jego głosu był spokojny - Z NAMI koniec.
W jednym krótkim momencie cały świat zawirował. Potem, dosyć szybko dotarł do niej sens jego słów. Jej mózg dokonał krotkiej analziy. Koniec ?
- I bardzo dobrze! Już dawno powinniśmy zakończyć ten głupi związek! Przyznaj, że...
- Głupi związek?!-przerwał jej. Wyglądał na wzburzonego.W duchu jakaś część Hermiony uśmiechnęła się;jednak ich miłość coś dla niego znaczyła. - No to, kurwa, po co się tak angażowałaś skoro dla ciebie zawsze był to TYLKO GŁUPI ZWIĄZEK?! A może ty nigdy nie traktowałaś NAS poważnie?!
Hermiona nie chciała żeby Harry wyciągnął błędny wniosek. Miała na myśli raczej fakt, że od pewnego czasu wciąż się kłócili, oddalali się od siebie. Nie chciała tak żyć, nie do to chciała osiągnąć.
Życie...Czym w ogóle było? Czym różniło się życie od istnienia. Hermiona czuła, że istaniała, ale czy żyła? Kiedy była szczęśliwa wiedziała, że żyje. Kiedy coś się psuło wiedziała, że czas się dla niej nie zatrzymał, ale nie wyczuwała w sobie tego "czegoś", co pozwalało krzyczeć "Żyję!" A może ona umarła? Może jest teraz w piekle i dlatego tak cierpi? Może to tylko kolejny zły sen, z którego zaraz się obudzi i znowu wtlui w Harry'ego? Pokręciła głową z politowaniem dla samej siebie.Jednak powinna wziąć tą tabletkę. Chyba zwariowała. Przetarła oczy i spojrzała w dół. Z tej wysokości raczej by się nie zabiła. Tylko śmierć mogłaby ją uwolnić od wszystkich problemów ; zakładając, że już nic miłego jej w życiu nie spotka. Bo przecież "Umiera się nie po to, by przestać żyć lecz po to aby żyć inaczej". Czym właściwie było jej życie? Oczekiwaniem i zarazem dążeniem. Wciąż na coś czekała ; na list, na odwiedziny, na podziękowania. Mogłaby wyliczać tak w nieskończoność. W życiu dążyła do wielu rzeczy ; bycie najlepszą w klasie, potem w szkole, zdobycie przyjaciół, pomyślnie zdany egzamin, w końcu "Kocham Cię" usłyszane od Harry'ego i studia uzdrowiciela. Teraz nie czekała na nic. Niczego nie pragnęła. No może tylko, żeby znowu było, jak kiedyś. Wcale nie chciała płakać. Łzy same spływały po jej policzkach, a ona nie umiała ich powstrzymać. Zapatrzyła się w jedną z łez. Przez kilka sekund spadała w dół, a potem przepadała zostawiając słaby ślad swego istnienia w postaci mokrej plameczki na chodniku. Hermiona poczuła na dłoni zimne, mokre kropelki. Zaczynało padać. Chociaż raz pogoda współgrała z jej samopoczuciem. W ciągu kilku minut rozpętała się nawałnica. Hermiona zamkneła okno i położyła się na łóżku. Wbiła wzrok w sufit. Co teraz z nią będzie? Czy Ron i Ginny już wiedzą?
Rozległo się ciche pukanie do drzwi.
- Mogę? - odezwał się ciepły kobiecy głos
- Wejdź, mamo.
Niewysoka, drobna starzejąca się już kobieta weszła do pokoju. Podeszła do lampki i zapaliła ją.
- Nie włączaj światła, proszę - Hermiona siadła na łóżku i spojrzała na matkę
- Córciu... Co się stało? - Jane siadła obok Hermiony.
- Nie chcę teraz o tym mówić - odwróciła twarz w stronę okna
- Chodzi o Harry'ego, tak?
Jak to jest, że matki zawsze wszystko wiedzą? Nic przed nimi nie ukryjesz...
Hermiona przytaknęła.
- Moje biedactwo, chodź tu do mnie.
Dziewczyna położyła głowę na kolanach matki i pozwoliła jej głaskać się po policzku. O, jak dawno temu ostatni raz znalazła się z ramionach tej kobiety. Harry też czasem tak robił. Gorąca łza spłynęła po jej policzku. To już sie nigdy nie powtórzy... Zaniosła się szlochem. Jej ciało się trzęsło, zachłystywała się własnymi łzami. Zapomniała o dłoni matki na swym policzku, ba zapomniała o niej samej. Kobieta jednak nie przestwała. Dalej gładziła po twarzy swoje ukochane dziecko, póki, zmęczone płaczem nie usnęło.
komentarze [5]